Ma zostać oddany do użytku już za dwa miesiące, ale Ministerstwo Klimatu i Środowiska nie dopięło jeszcze wszystkich kontraktów. Sytuacja związana z gazociągiem Baltic Pipe elektryzuje polską opinię publiczną.
Gazociąg ma zostać oddany do użytku na przełomie września i października, a „błękitne paliwo” popłynie do nas z Norwegii. Pojawia się jednak coraz więcej wątpliwości dotyczących kontraktacji, co ma szczególne znaczenie wobec odcięcia przez Gazprom dostaw gazu do Polski.
Anna Moskwa, minister klimatu i środowiska powiedziała niedawno, że „wydobycie PGNIG na Szelfie Norweskim wynosi 3 miliardy metrów sześciennych, a do tego dochodzi kontrakt z firmą
Orstedem na ponad 6 mld m sześć.”. – Pozostałych kontraktów jeszcze nie ma, prowadzone są rozmowy biznesowe, większość bardzo zaawansowana – przyznała.
Wojciech Jakóbik, dziennikarz specjalizujący się w sprawach energetycznych, redaktor naczelny portalu biznesalert.pl przypomniał z kolei, że „gazociąg ma osiągnąć przepustowość 10 mld m sześc. z końcem roku”. – Początkowo jednak ma pompować 2-3 mld m sześc. rocznie. Można podejrzewać, że PGNiG miało plan zakontraktowania dodatkowych dostaw przez Baltic Pipe od stycznia 2023 roku z przestrzenią do zakończenia negocjacji jesienią. W normalnych warunkach rynkowych byłaby to komfortowa sytuacja (…) jednak atak Rosji na Ukrainę zmienia warunki gry – czytamy w komentarzu.
Ekspert przypuszcza, że „plan finalizowania umów jesienią będzie realizowany w nowych realiach, które prawdopodobnie podniosą koszty kontraktów i zmniejszą dostępność surowca w obliczu niedoborów gazu w Europie Zachodniej”.
Przypomnijmy, że na problem związany z dopięciem kontraktów, zwracaliśmy uwagę w czerwcu
TUTAJ. – Samo oddanie gazociągu to niejedyny czynnik. Trzeba też dopiąć kontrakty na 100 procent mocy przesyłowych, czym zajmuje się Gaz-System. Byłoby to bardzo korzystne zjawisko, jeśli weźmiemy pod uwagę nadchodzącą zimę – mówił nam komandor podporucznik Tomasz Chyła, ekspert Instytutu Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza.