Damian Kaźmierczak z Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa odniósł się do najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego dotyczących produkcji budowlanej, które nie są optymistyczne dla branży. Wiceprezes PZPB wskazał dwie główne przyczyny takiego stanu rzeczy: wąskie gardła w administracji i napięty budżet państwa.
Dr Damian Kaźmierczak odniósł się do wyników produkcji budowlanej za wrzesień. Zwrócił uwagę, że sam GUS wskazał, że może to mieć związek ze specyfiką raportowania, bo spadki mają związek m.in. z wyraźną nieregularnością rozliczeń. Jednakże patrząc na wynik w dłuższym okresie, widać powody do pesymizmu.
– Od stycznia do września br. produkcja budowlana w segmencie infrastruktury skurczyła się o 2,5% rok do roku, a w kubaturze o ponad 8% (!). Okres dekoniunktury jest wyjątkowo długi (trwa od 2024 r.), a budownictwo odbija wolniej, niż tego oczekujemy, i później, niż myśleliśmy – wskazał Kaźmierczak na platformie LinkedIn.
Wiceprezes PZPB wskazał dwie główne przyczyny takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, są to wąskie gardła w administracji, przez które przetargi nie mogą być szybko rozstrzygane, a projekty sprawnie inicjowane. Po drugie, problemem jest napięty budżet państwa z dużym deficytem, na czym mogą cierpieć wydatki na infrastrukturę, „bo przecież rząd nie obetnie wydatków na obronność czy cele socjalne”.
– Nie pomaga też kalendarz wyborczy, bo w instytucjach i spółkach państwowych zwyczajowo spowalnia wówczas proces decyzyjny. A po wyborach na nowo rozpocznie się dobrze nam znany proces rewizji realizowanych programów infrastrukturalnych – dodał.
Zaznaczył jednak, że plany inwestycyjne w segmencie infrastruktury na kolejne lata są tak imponujące, że nawet jeśli doszłoby do realizacji tyko części z nich, to i tak będzie dużo zadań do zrealizowania na drogach i kolei, ale też w energetyce i obronności.
Zwrócił również uwagę na fakt, że obecnie największe firmy budowlane nie martwią się o portfele zleceń, a o przyszłą marżę na kontraktach pozyskiwanych w ostatnim czasie w związku z dużą konkurencją i wojną cenową na rynku, co oznacza, że w najbliższej przyszłości budowania może być dużo, ale ciężko będzie o zarobienie na nim dużych pieniędzy.
– Inna sprawa, że skłonność każdego rządu do kreślenia ambitnych planów palcem po mapie jest naprawdę spora. Na przykład, gdyby państwo chciało zrealizować plany w energetyce zapisane w rządowym KPEiK, to już od tego roku nakłady inwestycyjne na ten cel powinny przekraczać 200 mld zł rocznie, czyli ponad… połowę wartości całego rynku budowlanego w Polsce. Jest to po prostu nierealne – zakończył.